Szukaj
Aktualności
Sortowanie
  • Wywiad z prof. Elżbietą Czykwin

Bookmark and Share

Problem przepracowania Innego leży. Wykopmy rasizm z Białegostoku
 

Dlaczego to Białystok jest areną ataków na tle rasistowskim, antysemickim i ksenofobicznym? Przyczynami mogą być: brak więzi społecznych, opór przed interesowaniem się mniejszościami oraz tłumiony wstyd - sytuację analizuje prof. Elżbieta Czykwin

 

Rozmowa o przemocy

 

Joanna Klimowicz: Nie podoba się pani profesor hasło naszej kampanii społecznej "Wykopmy rasizm z Białegostoku"?

Dr hab. Elżbieta Czykwin, prof. Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, socjolożka: Wszelkie formy agresywne i dzielące ludzi powinny być bardzo ostrożnie używane. Słowo "wykopmy" zawiera bardzo dużo agresji, kopanie ma jeszcze silniejsze negatywne konotacje niż bicie rękoma.

 

Musiało zabrzmieć mocno, bo chodziło nam o przerwanie zmowy milczenia, zwrócenie uwagi na problem i rozpoczęcie dyskursu publicznego.

- I to się wam udało, to bardzo dobrze. Ale to, że ten dyskurs jest zabarwiony agresją, że kogoś chcecie kopać, to nie jest dobry pomysł. Ja byłabym ostrożna. Trzeba pamiętać, że agresja rodzi agresję, że im więcej przemocy w interakcjach społecznych, tym więcej tego typu odpowiedzi. Jeśli szacowna "Gazeta" mówi: "kopiemy", to znaczy, że kopanie innego jest dopuszczalne.  

 

Czyli jest pani raczej zwolenniczką grillowania ministra Boniego, a nie wykopywania rasizmu?

- O tak! Chociaż sąsiedzkie grille to też nie do końca szczęśliwy pomysł, bo na takie spotkania przychodzą zawsze ci, którzy mają podobne zdanie i są nastawieni pokojowo - na pewno nie ci, którzy myślą o podpalaniu domów.

 

Uważamy, że przyczynami nasilenia ataków na tle rasistowskim i ksenofobicznym, przestępstw z nienawiści czy - jak pani to ujmuje - incydentów antyetnicznych są między innymi indolencja służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo oraz ciche przyzwolenie społeczne. Ale są też inne. Pani zdaniem - jakie?

- Kiedy chcemy prowadzić do zmian korzystnych społecznie, to staramy się wzmacniać więzi, a nie antagonizować ludzi. Bardzo ważne jest, by piętnować czyny, a nie osoby sprawców. Wtedy daje się szansę temu, który popełnił błąd - a któż z nas ich nie popełnia - aby przeszedł na "dobrą stronę mocy". Natomiast jeśli stwarza się sytuację, w której sprawca jest potępiany i odrzucany jako osoba, to skazuje się go na identyfikację ze światem powszechnie nieaprobowanych wartości. A przecież do tego nie chcemy doprowadzić. Drugi aspekt - wiele z tych incydentów nie ma charakteru jednoznacznie antyetnicznego, są rodzajem draki, rozróby, rozładowania emocji. W związku z tym, że dotyczy to osób młodych, trzeba bardzo miarkować i zastanawiać się nad tym, czy w związku z tym, że zrobili coś głupiego w latach "durnych i chmurnych", to czy przydanie im etykiety przestępców nie stanie się początkiem kariery dewiacyjnej.

 

Ale mówimy o podpaleniach mieszkań, mogły zginąć całe rodziny. Jak to inaczej zakwalifikować, jeśli nie jako poważne przestępstwo?

- Oczywiście, że tego nie można inaczej nazwać i jestem jak najdalsza od tego, żeby mówić, że karać nie należy. W wychowaniu problem kary budzi największe kontrowersje, wszyscy zgadzają się, że nagród powinno być znacząco więcej niż kar i że podtrzymywanie dobrych zachowań jest szczególnie cenne. Pytanie: jak karać? Trzeba się trzymać pewnej sztuki karania i pokazywać możliwości wyjścia z sytuacji. W wielu przypadkach następuje naśladowanie incydentów antyetnicznych na zasadzenie prostej imitacji. W związku z tym nagłaśnianie takich przypadków - jeśli ludzie wierzą, że sprawcy nie zostaną złapani - może być także niekorzystne.

 

Lepiej o tym nie mówić, schować głowę w piasek i udawać, że problem nas nie dotyczy?

- Trzeba mówić, tylko ważne jest, w jaki sposób. I niestety nie da się tego naprawić w sposób doraźny, tylko jest to wieloletnia praca polegająca przede wszystkim na zacieśnianiu więzi społecznych. A pod tym względem Białystok jest miastem bardzo szczególnym, bo one się tu w pełni nie ukształtowały.

 

Mówi pani o powojennej historii miasta?

- Tak. Zabrakło Żydów i zrobiła się wielka dziura, która została wypełniona przez ludność napływową. Białystok jest jedynym dużym miastem na wschód od Bugu, który ściąga szczególnie wielu emigrantów ze wsi i małych miast. Połowa mieszkańców miasta to przybysze, a w tej połowie - połowa to emigranci ze wsi. Ruralny charakter miasta jako "wielkiej wsi" przypieczętowuje fakt, iż powojenny jego rozwój dokonywał się dzięki przyłączaniu do niego kolejnych okolicznych wsi, a nie w rezultacie planowanej rozbudowy substancji miejskiej. Ludzie przyjeżdżali z różnym bagażem kulturowym, wszystkich przyciągało wielkie miasto, które oferowało pracę w przemyśle, zdecydowanie wyżej cenioną w PRL-u. Włączano się w rozwój przemysłowy kraju, lekceważąc i zachowując daleko idący dystans w stosunku do ludności wiejskiej. W nowym żywiole miejskim rodziły się kolejne podziały. Nagle pojawiali się robotnicy, przeważnie pochodzenia chłopskiego, byli katolicy i prawosławni. Te różnice zarysowywały się w dekoracjach lekceważenia wartości, jaką jest wiejskość. Kompleks wiejskości zresztą nie jest udziałem tylko Białegostoku, ma szerszy wymiar. W jakiś sposób wynika z prac Freuda, który przeciwstawiał naturę kulturze, pokazując, że kultura, czyli miasto, jest czymś lepszym niż wieś kojarzona z naturą. Te kompleksy są dosyć dobrze widoczne w architekturze Białegostoku, gdzie centralnym punktem stał się dumny pałac Branickich, co miało podkreślać pańskość. Może też nowa, wspaniała Opera jest kontynuacją tego trendu i próbą zatarcia etykiety "Polski B"? Natomiast wartościowe w sensie architektonicznym domy drewniane burzono, żeby stawiać w to miejsce bloki. Ciągle ta sprawa wiejskości jest stygmatyzująca, przyznawanie się do wiejskiego pochodzenia raczej nie przynosi ludziom chluby. Do tego wszystkiego dołączają się jeszcze kompetencje językowe, które dzielą ludzi - prawdziwa wieża Babel. Szczególnie w okresie PRL-u można było poznać, skąd kto pochodzi, łatwo odróżnić tych, którzy po polsku komunikują się nie do końca płynnie i w związku z tym postrzegani są jako gorsi inni. Tkanka miasta wydaje się być podzielona, nieskonsolidowana, heterogeniczna. W pewnym sensie upodabnia to Białystok do miasta, gdzie też są przypadki podobnych zajść - do Wrocławia. On też jest miastem na nowo się rodzącym.

 

Nie rozumiem, skąd strach przed innością. Boimy się czegoś, czego nie znamy, a przecież na Białostocczyźnie ten Inny był od zawsze kolegą ze szkoły, sąsiadem. Te tereny nie były homogeniczne jak reszta kraju po wojnie.

- To pytanie dotyka clou sprawy, drugiej obok braku więzi społecznych przyczyny problemu. Otóż dla większości Polaków mniejszość nie istnieje, jest artefaktem. We Wrocławiu, gdzie mieszkałam bardzo długo, nie wiedziałam nawet, że są prawosławni. O nich się nie mówiło, nie byli nikomu do niczego potrzebni - może oprócz wąskiej grupy antropologów, kulturoznawców czy osób, które się z nimi wiązały. Aby Inny stał się fascynujący czy choćby wart uwagi, musi wcześniej zaistnieć w jednostkowej świadomości. Ośmielam się twierdzić, że w doświadczeniu życiowym większości Polaków, Inny - nie tylko etnicznie - po prostu nie zaistniał. Szczególnie okres PRL-u pozostawił Polaków, mieszkańców kraju prawie homogenicznego, bez możliwości spotkania w szkole, pracy, sklepie, sąsiedztwie, odmiennego etnicznie. Ale Białystok bardzo się pod tym względem od reszty kraju różni. Tu mniejszości były i są możliwe do spotkania, zetknął się z nimi każdy - w szkole, sąsiedztwie, sklepie czy autobusie. Jednak problem Innego nie został przepracowany. Mniejszości w PRL "były jak ryby w akwarium, ktoś podobno je widział, ktoś podobno o nich słyszał, ale nikt nie słyszał, aby przemówiły". Tabuizacja kwestii mści się po dziś dzień. Przywołam przykład z pracy mojej doktorantki, pani doktor Marzeny Rusaczyk, która badała sytuację mniejszości religijnych w szkole. Wnioski? Mniejszości są i kropka. Jest pewien opór, by się nimi interesować, nawet nie wszyscy rodzice chcą, by ich dzieci oglądały cerkwie, podziwiały piękno cerkiewnej muzyki. Zresztą pewnie z takich środowisk wywodzą się sprawcy tych oburzających wyczynów. Problem przepracowania Innego w Białymstoku leży. Trzeba to przyspieszyć, chociażby poprzez organizowanie takich integracyjnych spotkań czy przez to, co robią media po 89 roku - dużo pisząc o mniejszościach. Wcześniej na Białostocczyźnie gazety partyjne ukazywały się w świątecznej szacie tylko podczas świąt katolickich, prawosławnych już nie zauważano. Kompleksy, zaniedbania, rany nie są do zagojenia szybko. Trzeba dodatkowo uważać, by nie zrobić mniejszościom krzywdy. Zmniejszenie dotacji (z 80 tys. do zaledwie 40 tys. zł rocznie) poczytnemu "Przeglądowi Prawosławnemu" to poważny błąd ministra Boniego, utrwalający w mniejszości poczucie krzywdy. Każdy, kto jest obcy, czuje się słabszy, gorszy, na doczepkę. Oczywiście mniejszości autochtoniczne nie czują się zapewne tak, jak ja się czułam w Anglii czy Stanach Zjednoczonych, niemniej jednak są przewrażliwione na punkcie swojej tożsamości i trzeba obchodzić się z nimi szczególnie uważnie.

 

Uczyć o inności? Na jakim etapie?

- Bardzo dobrą drogą jest to, czego już dość dawno temu podjął się Zakład Stosunków Międzykulturowych Wydziału Pedagogiki Uniwersytetu w Białymstoku - czyli kształcenie nauczycieli w kierunku oswajania inności. Ale zgodzę się, że trzeba uczyć na każdym etapie, choć akurat religia w przedszkolu i to, czy pełni rolę integrującą, to osobny temat, który należałoby rozważyć. Ale najgorsza jest niewiedza, która budzi lęk. Większość wie, że jest jakaś mniejszość, o której piszą w gazetach, która ma nawet swój program telewizyjny - są, ale czy nam zagrażają? A więc pisać jak najwięcej, mówić, oswajać, grillować, grać w piłkę, pokazywać to, co nas łączy.

 

Agresja bierze się z niewiedzy?

- Nie tylko. Cały świat boryka się dziś z tym pytaniem. Jej przejawów jest coraz więcej, diagnozowane są coraz bardziej wyrafinowane zachowania o charakterze przemocowym, jak agresja symboliczna, językowa, finansowa, niemówienia do kogoś, lekceważenia. Skąd się to bierze - to pytanie fundamentalne, na które nie znamy odpowiedzi. Wiemy, że leży ona raczej w zarządzaniu emocjami niż racjach. Do mnie najbardziej przemawia teoria, o której piszę we "Wstydzie" [książka ukazała się w 2013 r. nakładem wydawnictwa Impuls - red.]. A mianowicie taka, że u podstaw przemocy leży stłumiony wstyd. Upraszczając - młodzi chłopcy nie mają pracy, nie mogą sobie znaleźć miejsca w społeczeństwie, nie mogą znaleźć też dziewczyn, bo te hołdują wartościom klasy średniej i oni nie mają im nic do zaoferowania. Są też za mało elastyczni, by przystosowywać się do różnych prac - jak to czynią kobiety, są społecznie lekceważeni. Dają więc sobie wsparcie w ramach przynależności do subkultur - często agresywnych - czy chociażby grup kibolskich. Przekonują się nawzajem, że są lepsi, podbudowują swoją samoocenę, poczucie godności. Jeśli wstyd - bo zawiodłem i nie mam swojego społecznego miejsca - jest tłumiony, nieuświadamiany, to przybiera postać manifestacyjnego, negatywnego, radykalnego dystansowania się do innych, jawnej agresji oraz przyjmowania postaw macho. Dodatkowo ci ludzie mogą zostać zagospodarowani przez jakąś siłę polityczną. Trzeba poszukiwać płaszczyzn, by dać im poczucie godności.

 

Cały tekst: http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35235,14306988,Problem_przepracowania_Innego_lezy__Wykopmy_rasizm.html#ixzz2ZkZZswWg  

 

 

38.00 zł
Nowość

 

Problematyka wstydu w nauce stanowiła przede wszystkim obszar zainteresowania psychologii i teologii. Ujęcie prezentowane w książce jest nawiązaniem i rozwinięciem socjologicznego ujęcia wstydu...    

 

 


Wysyłanie komentarzy jest dostępne dla użytkowników zalogowanych. Zaloguj się i dodaj komentarz.

 Logowanie


Wróć

Odwiedziło nas użytkowników
COPYRIGHT © 2019 OFICYNA WYDAWNICZA "IMPULS"

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.
Korzystanie, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej, oznacza akceptację niniejszej Polityki prywatności stosowania plików cookies
   Zgadzam się