• Obniżka
  • Nowy
Zabieg higieniczny

Zabieg higieniczny

ISBN: 978-83-8294-275-0
28,57 zł
20,57 zł Oszczędzasz: 8,00 zł

Wyświetl historię cen produktu

Najniższa cena w ciągu ostatnich 30 dni 22,00 zł

Czas dostawy kurierem InPost 24 godziny! E-booki w ciągu 15 minut!

PREMIERA!

To najbardziej filozoficzny i inspirujący, pełen niedomówień i skrótów myślowych labirynt, metaliryczny flirt intelektualny...

Najwyżej pod względem pisarskim oceniam rozdziały III i IV. Podobnie jak rozdział II składają się z różnego rodzaju fragmentów: narracji o zdarzeniach, przytoczeń z filozofii i komentarzy do nich, wierszy, wspomnień o charakterze autobiograficznym. Podobają mi się też wplatane w narrację autorki wiersze... (z recenzji prof. Pawła Dybla)

Wersja książki
Ilość

Już wstęp książki, pierwsze zdania mówią właściwie o tym o czym książka będzie: o pisaniu jako o zabiegu higienicznym, o pisaniu jako właściwie najgłębszej ludzkiej konieczności. Zatem ta książka zabiera w podróż, taką trochę absurdalną, ale raczej w taki miękki i uśmiechnięty sposób, ale i dość mocno na przekór czasem skostniałemu akademickiemu światu.

„Pisanie jest zabiegiem higienicznym”. Teza takowa jest w kontrze z naszą logocentryczną kulturą. Blisko jest chociażby do Jacquesa Derridy wraz z jego dowartościowaniem i pochwałą pisma. Jeśli chodzi o strukturę pracy (i nie tylko) to blisko jest również do Gilesa Deleuza, który przykładem swojego życia i pisania staje naprzeciw schematycznemu pisaniu akademickiemu.

Jest to monografia recenzowana, która jednak nie używa narzędzi typowo- akademickich takich jak cytowanie, dedykowana struktura pracy. Zamiast tego autorka używa własnej na przykład poezji, dobrej prozy, melodyjnej struktury powtarzania wraz ze zmiany fraz, rytmiki czy czasem jednego słowa. Narzędziem tej monografii jest autor. Deleuze rzekły, że autorem książki zatem nie jest autor (a w tej monografii głosy są polifoniczne), ale „conceptual personae” [osoba koncepcyjna]. Równie prawomocnie można by rzec, że, aby stać się narzędziem własne książki, trzeba było metaforycznie „zabić autora” czy też chociażby sprowadzić go do owej „conceptual personae”. Stąd jest tu i spora doza onirycznego, czułego absurdu, filozoficznego absurdu.

Ewa Szumilewicz

50 Przedmioty

Opis

Książka papierowa
oprawa miękka

Specyficzne kody

isbn
978-83-8294-275-0

Ewa Szumilewicz

Ewa Szumilewicz doktor filozofii, Posthumanism Research Institute, Brock University, Kanada.

Autorka "On the Paradox of cognition", Peter Lang 2021, "O paradoksie poznania" WN Katedra, 2021, ''W Nibysłowach", Oficynka, 2020.

Matka dwójki nastolatków. Uwielbia fotografię, długie rozmowy z przyjaciółmi, włóczyć się bez celu, czytać i dużo spać.

Oficyna Wydawnicza "Impuls"

Autor

Ewa Szumilewicz

ISBN druk

978-83-8294-275-0

ISBN e-book

 

Objętość

72 stron

Wydanie

I, 2024

Format

B5 (160x235)

Oprawamiękka, klejona, folia matowa

Podziękowania    

Przedmowa    

Wstęp    

Rozdział I
Czeszka i Chińczyk    

Rozdział II
Ona A. i on D.  

Rozdział III
Imię     

Rozdział IV
Świat nazwany  

Epilog

Przedmowa

Pierwsze zdanie jest najważniejsze. Początek, krystalizacja marzenia, przyjemność pisania. Ono rodzi następne, rozwija się jak kłębek wełny, słowa pośpiesznie biegną za sobą. Niczego nie uronić, wszystko zapamiętać, przystanąć, spojrzeć w tył. Dobre książki pisze się jak wspomnienia, napisał Montaigne. Pisanie prywatne, pisanie domowe, diariusz. Albo, jak Breton, pisanie automatyczne, jak malowanie.
Próba znalezienia nowego języka, by od początku się narodzić i zacząć opowiadać. Dzieci nie mają z tym problemu, bo to ich dziewicza podróż, bez żadnych supozycji, akt pierwszy, twórczy, odkrywczy.
Potem, gdy budzimy się w środku nocy z anamnezą tego faktu, siadamy do stołu niczym Flaubert (i Bóg z cyrklem w ręku), by napisać w ciągu dnia kilka zdań, może stronę, a pod koniec pisania niszczymy rękopis. Nie mamy już tej mocy. Włącza się krytycyzm, cenzor skrywający się w cieniu czytelnika, w niszy własnych estetycznych kryteriów, egzystencjalnego braku poczucia wartości dla prywatnych spraw i działań. Pisanie, zlekceważone jak dziecięca zabawa (po której należy posprzątać), kryje się w cieniu rzeczy ważniejszych, pracy, płatnych zajęć, utrzymania się na ekonomicznej powierzchni życia. Także komunikacja zabija ten pierwotny, założycielski impuls.
Zatem początek, zatem erudycja, problem własnego stylu. Zapadanie się w wykopane przez innych transzeje, okopy, dołki, quasi-systemy, przeczytane książki, cytaty. Z jednej strony zamiast wydeptywania własnej ścieżki próba przejścia między nimi, niepozostawiania żadnych śladów, jakby na przekór Lacanowskiej obecności/nieobecnego. Ale z innej strony potrzeba schronienia się w tekście już napisanym to inna nieobecność, mówimy słowami innych, jakby były nasze.

***

Książka Ewy (jesteśmy przyjaciółmi) to zbiór różnego rodzaju tekstów. Przypomina małą opera, zbiór rozmaitych prac pozostawionych przez autora bez komentarza i wskazówek edytorskich. O ich kolejności zadecyduje wydawca, może niektóre pominie; będą czytane w innym obiegu, rękopiśmiennym i hermetycznym. Tak się stało z zamieszczonym wyborem korespondencji, wyselekcjonowanym fragmentem obszernego dokumentu. To najbardziej filozoficzny i inspirujący, pełen niedomówień i skrótów myślowych liryczny labirynt, metaliryczny flirt intelektualny. Miejsce sporu się przesuwa, jest oznaczaniem własnego terytorium. Stanowiska filozofów jawią się jako peryskopy wysuwane znad niedopowiedzeń, są mówieniem w trzeciej osobie, można się z nich wycofać, nie raniąc.
Gotowe systemy karmią się nowymi słowami. Nowe słowa mają barwę dawnych słów. Wypowiedziane zdania są jak żywe organizmy, zapuszczają korzenie, kapilarnie odżywiają się neuronami kultury, fragmentami przeczytanych książek, przebijają się do podziemnych korytarzy wydeptanych przez gryzonie, te same, które zjadły książki znane dziś tylko z tytułów (wystarczy przejrzeć Żywoty… Diogenesa Laertiosa).
Niektóre fragmenty są jak odnalezione karty z innych pism, uratowane i wszyte przez introligatora w blok książki. Sprawdzamy, czy nie brakuje strony, szukamy nieczytelnej liczby. To świadomy zabieg, patchwork, powtórzenia, tekst gotowy, ready made (Feynman, Hesse, wiersze Marysi). Teksty wydarte i wklejone w zeszyt, wpisy do imionnika, zdjęcia w albumie, rodzinny sztambuch.

***

Trudno jest poskładać rozbite lustro. Zwłaszcza gdy nie wiemy, jakim było tekstem. Łatwo się skaleczyć ostrymi krawędziami sensu. W zwierciadle, portrecie wielokrotnym wsobnie i nieskończenie odbijają się inne okna. Utajone obrazy „zobaczonego” nieba, twarzy, morza, wnętrza, tunelu, pola, horyzontu. W lustrze (w jego niepamięci) zawiera się wszystko, rozwiewa jak mgła, starta w okalśnieniu do szklanego calca. Jego tafla wymazana blaskiem do nagości, kolejnej pierwszej miłości, która zapomniała wszystko.
Apokryfem jest projekt spotkania Chińczyka i Czeszki. Zdradzają to wielowariantowość wyobrażeń, umowne, abstrakcyjne nazwy (Tczew), miejsca niedookreślone, które zapełni wyobraźnia czytelnika. Ważny jest szczegół, gwóźdź mocujący obraz do ściany. Początek scenariusza. Sceny jak z przymierzalni, zmiany kostiumów, różne frazy, rekwizyty, gesty. Zapamiętany pierwszy obraz, pierwsze zdanie, potem wznoszenie rusztowania, instalacja oświetlenia: ławka, dworzec, uczucie. Jedno antycypuje drugie, wciąga jak wir albo linearnie, wedle wewnętrznej logiki, rozwija się w paciorki różańca lub ogniwa łańcucha. Można też zapalić zapałkę, rozświetlić mrok nagłym gestem, techniką Gestalt ukazać obszar światła, pełen obraz jak stronę komiksu, jego kolor, figurację, kreskę. Potem zgasnąć, zgnieść kartkę papieru, odrzucić kamień.

***

Książka Ewy jest liryczna, metaliryczna. Czytałem ją przed korektą gramatyczną i nie wiem, czy należy pozbawić ją tego surowego rysu. Wszystko, co się nam przydarza, przypomina brudnopis, życia nie da się przepisać „na czysto”. Przeszłość jest nieodwracalna. Tylko ludzka pamięć jest korektorem jej treści, ale zachowanie błędu nie pozwala na unifikację. Ma urok nowości jak pisana przez dziecko litera w lustrzanym odbiciu i do góry nogami. Pomiędzy symbolem fonetycznym i malarską figuracją, której nie można nadać jednoznacznej dystynkcji. Dziecko jeszcze nie umie pisać, ale „rysuje” litery, czyli „porządkuje” swoje symbole, uznając własne myśli za źródło utrwalonych kształtów, podchodzi do mamy i mówi: „przeczytaj”.
Błąd jest pomysłem na samorodny tekst. Powstać może ze słów zaznaczonych przez automatyczny korektor tekstu, błędnie napisanych (nieznanych w zbiorze), przekręconych, przeliterowanych, nowych. Jego sens opiera się na wewnętrznym szyfrze, który ignoruje nieprzystawalność do zbioru wyrazów w słowniku, tylko zawierza immanentnej (np. zawartej w psychice autora, w automatyzmie pisania, w transcendentalnych, nieznanych regułach) konieczności, posługującej się przypadkiem. Trudno odmówić tym wyrażeniom urody, ujawniają też one cały szereg nieoczekiwanych skojarzeń. Szyfr błędu ukrywa się pod linearną poprawnością tekstu, jest jak kret sypiący z worka słowa chaosu jak sny.
Pochwałę plastycznego błędu wygłosił Józef Wilkoń, wspominając swojego nauczyciela rysunku. Przyszłemu mistrzowi dziecięcej ilustracji radził nie wymazywać z rysunku błędnych linii, bo nie będzie widział postępów w pracy. Nie rysuj linii przy liniale, linia krzywa jest piękna.

Marek Fota



Najwyżej pod względem pisarskim oceniam rozdziały III i IV. Podobnie jak rozdział II składają się z różnego rodzaju fragmentów: narracji o zdarzeniach, przytoczeń z filozofii i komentarzy do nich, wierszy, wspomnień o charakterze autobiograficznym. Podobają mi się też wplatane w narrację autorki wiersze...

Z recenzji prof. Pawła Dybla

Zobacz także

Polecane tytuły ( 8 inne tytuły w tej samej kategorii )

Nowa rejestracja konta

Posiadasz już konto?
Zaloguj się zamiast tego Lub Zresetuj hasło