ZAPOWIEDŹ: gAforyzmy czyli ćwiczenia z pedagogiki przekory
Zapowiedź wydawnicza! Premiera już w połowie lipca
To książka dla tych, którzy cenią siłę skrótu i nieoczywiste spojrzenie na rzeczywistość. Znajdziemy tu celne obserwacje dotyczące człowieka, relacji, edukacji, polityki, religii, sztucznej inteligencji czy codzienności. Humor przeplata się z ironią, przewrotność z czułością, a powaga z dystansem do świata i samego siebie.
Zbiór błyskotliwych, lapidarnych form literackich, które wymykają się prostym klasyfikacjom. Autor swobodnie porusza się między aforyzmem, sentencją, epigramem, haiku, grą słowną i literackim żartem, tworząc teksty, które jednocześnie bawią, prowokują i zachęcają do refleksji. To książka dla tych, którzy cenią siłę skrótu i nieoczywiste spojrzenie na rzeczywistość. Znajdziemy tu celne obserwacje dotyczące człowieka, relacji, edukacji, polityki, religii, sztucznej inteligencji czy codzienności. Humor przeplata się z ironią, przewrotność z czułością, a powaga z dystansem do świata i samego siebie.
Autor nie proponuje gotowych odpowiedzi ani życiowych recept. Zaprasza do zatrzymania się na chwilę, do własnych interpretacji i intelektualnej zabawy. Gaforyzmy nie są książką do czytania od deski do deski – można po nie sięgać wielokrotnie, otwierając je na dowolnej stronie i odkrywając kolejne myśli, które zaskakują, rozśmieszają lub skłaniają do zadania sobie niewygodnych pytań.
Publikację polecamy wszystkim miłośnikom krótkich form literackich, aforyzmów, gier językowych i inteligentnego humoru, a także czytelnikom, którzy lubią książki pozostawiające miejsce na własną refleksję.
Tytułowy neologizm „gaforyzmy” sugeruje, że aforyzm – forma z natury ryzykowna – może łatwo stać się gafą. To świadome napięcie między powagą a żartem, między diagnozą a autośmiesznością wpisuje tę książkę w tradycję, którą Stanisław Jerzy Lec określał jako „ironię poważną”. Chciałbym, żeby ta dwoistość – powaga podszyta humorem, humor podszyty powagą – stanowiła jej znak rozpoznawczy.
– Autor
Oficyna Wydawnicza "Impuls"
Autor | Janusz Stanek |
ISBN druk | 978-83-8294-549-2 |
ISBN e-book | |
Objętość | 176 stron |
Wydanie | I, 2026 |
Format | A5 (165x125) |
| Oprawa | twarda, szyta, folia matowa |
Przedmowa
Tytułem wstępu
Czas i przemijanie
Prawda, dobro i piękno
Mądrość i głupota
Człowiek
Ona
On
Dzieci i szkoła
Życie
Zdrowie
Sacrum
Religia
Władza i polityka
Historia
Reguły życia społecznego
Świat i okolice
Wokół zarabiania pieniędzy
Zajęcia, profesje i inne zaangażowania
Słowa/rebusy i komunikacja międzyludzka
Zwierzęta
Sztuczna inteligencja
Pytania pierwsze
Prawdy życiowe
Myśli nieznośne
(Nie)codzienne impresje / 133
Na marginesie – szlagworty, lingwizmy, kalambury i inne wypsnięcia
No to po całości – wulgary zupełnie nie sauté
Coś à la zakończenie
Przypisy
Bibliografia
Przedmowa
Od samego początku pracy nad tą książeczką przyświecała mi myśl, by przy jej pisaniu korzystać ze słów w sposób możliwie najbardziej postny. Optymalnym zwieńczeniem tego zamiaru byłaby książka bez tekstu – dowód na doskonały ascetyzm leksykalny. Urzeczywistnienie takiego założenia mogłoby się nazywać antyksiążką. Skoro bowiem w tradycyjnym rozumieniu terminu „książka” mieści się przekonanie, że jest ona nośnikiem słów, to książka unikająca słów staje się właściwie swoim zaprzeczeniem. Taki konstrukt mógłby być traktowany jako zaproszenie do wypełnienia treścią wspólnej przestrzeni, bez kategorycznego definiowania ról nadawcy i odbiorcy – bez stawiania twórcy ex cathedra i zmuszania odbiorcy do zadzierania głowy tylko dlatego, że postument bywa wysoki.
Jakie jest źródło takich impulsów? Żyję w otoczeniu zawodowym, w którym wartość szczególnie wysoko ceniona to MASA słów. Z wrodzonej przekory, ale i przejawiając postawę rekomendowaną przez Marię i Stanisława Ossowskich, mam ochotę krzyczeć: Dużo nie znaczy dobrze! W trakcie licznych akademickich posiadów dochodziłem do wniosku, że mam zespół Tourette’a w wersji utajonej. Nieraz zapanowanie nad wybuchem graniczyło z heroizmem; bywało i tak, że heroizmu nie starczyło. W kontekście bezkompromisowości warto wspomnieć nieodżałowanego profesora Jana Poplucza, któremu zdarzały się zachowania wprowadzające otoczenie w konsternację. Na przykład w trakcie zebrania jednego z akademickich gremiów decyzyjnych wstał i stwierdził: „Szanowni Państwo, wydaje mi się, że to, o czym tutaj dzisiaj słyszę, jest głupie” (relacja jednego z członków rady wydziału). I po wygłoszeniu sprzeciwu wyszedł. Również inne, podobne do powyższej, reakcje znamionowały brak zgody na narzucone rozwiązania i znakomicie opisują człowieka nieulegającego naciskom i koniunkturom.
To samo środowisko, które powinno czcić ratio, kornie się kłania dwóm boginiom: „punktozie” i „znakozie”. I co gorsza – robi to w sposób maksymalnie konformistyczny, bez choćby cienia symbolicznego veto czy minimalnego krytycznego komentarza do coraz to nowych wymagań, niemających z ratio wiele wspólnego. Wszystko to dzieje się w świecie, w którym ogromna większość publikacji naukowych nie jest ani przez nikogo cytowana, ani (co wielce prawdopodobne) – czytana. Nie napisano ich de facto po to, by były „do czytania”… Interesujące badania potwierdziły przecież, że humanistyka w ogromnej mierze pisze do szuflady, a nauki społeczne właściwie niewiele od niej odbiegają. To szaleństwo ma również inne oblicze. Osobliwymi formami erupcji słów są konferencje „naukowe”, w trakcie których liczni uczestnicy skupiają się wyłącznie na tym, żeby zaprezentować to, z czym sami przybyli, ale kompletnie nie są zainteresowani wysłuchaniem swoich koleżanek i kolegów – nie istnieją dla nich wymiana myśli, dyskusja, relacja. Słów ma być dużo, szybko „wystrzeliwanych” w przestrzeń i równie szybko osieroconych, ponieważ autorka/autor już uczestniczy w dalszej części gonitwy (w drodze na kolejną konferencję), sprowadzającej się do generowania dorobku w kategorii „multum słów”. Ma być dużo? Jest dużo!
Jestem przekonany, że w zarysowanej przestrzeni uprawianie (bądź przynajmniej rozumienie) pedagogiki przekory jest niezbędne. Wszak każdy postęp rodzi się z nonkonformizmu! A osobowości niepoślednie i odważne nie kształtują się przecież w skrajnie sformatowanym i oportunistycznym otoczeniu.
Czy ta książeczka jest do czytania? Otóż nie! Ona jest raczej do wertowania – da się po nią sięgać jak po luźne zapiski z notatnika: po kolei, na wyrywki, przy kawie, w poczekalni, przed snem, w przerwie między „muszę” a „nie mam siły”. Jeśli coś tu zgrzyta, nie zawsze jest to błąd – bywa, że to klucz otwierający drzwi, które dostrzega czytelnik, a które mogły zostać niezauważone przez autora. I bardzo dobrze! Nie istnieje hermeneutyczny algorytm nakazujący lekturę zgodną z założeniami twórcy. Książka jest jedna, ale każdy czytelnik po sięgnięciu po nią otrzymuje inną zawartość – sam ją bowiem współtworzy. Najważniejsze, żeby te krótkie formy nie domykały drzwi do świata, tylko je – choćby na chwilę – uchylały. A gdyby jeszcze dzięki nim wyglądał odrobinę bardziej optymistycznie i nie do końca poważnie – szczęście autora sięgnie zenitu (na pohybel wyznawcom wyżej wspomnianych bogiń!). Jeżeli – wbrew wstępnemu założeniu – tu i ówdzie „przegadałem” to, co miało być skondensowaną formą – wybacz, Drogi Czytelniku! Widocznie wciąż jest nad czym pracować, by człowiek „po próżnicy się nie obzywoł”.
Książka świadomie unika tonu moralizatorskiego. Autor z niesłabnącą ciekawością przygląda się światu, a jego żywiołem są humor i śmiech, podszyte jednak często krytyczną refleksją wobec rzeczywistości. Stanek zaprasza nas [...] do przyjrzenia się różnym przypadłościom ludzkiego życia: i tym codziennym, wydawać by się mogło – trywialnym, i tym, które dotykają odwiecznych pytań o sens naszego istnienia. [...] Nie daje łatwych odpowiedzi, uwodzi zgrabnymi zdaniami, błyskotliwymi uwagami. I być może właśnie w tym tkwi sens pedagogiki przekory, którą proponuje: nie ufać nadmiernie językowi, ale jednocześnie nie przestawać uważnie wsłuchiwać się w słowa.
Z recenzji dr. hab. Dariusza Szczukowskiego, prof. UG
Zobacz także
Powiązane produkty
- Brak powiązanych produktów