• Obniżka
No i mam za swoje

No i mam za swoje

ISBN: 978-83-7587-253-8
19,80 zł
10,00 zł Zniżka 9,80 zł
Czas dostawy kurierem InPost 24 godziny

Utrzymana w żartobliwym tonie i w zabawny sposób opisująca wydarzenia, zupełnie poważnie opowiada o początkach nauczycielskiej pracy będącego jej bohaterem nauczyciela. Polonista po ukończeniu studiów trafia do małej wiejskiej szkoły i tak naprawdę zaczyna się od nowa wszystkiego uczyć.

Ilość

Utrzymana w żartobliwym tonie i w zabawny sposób opisująca wydarzenia, zupełnie poważnie opowiada o początkach nauczycielskiej pracy będącego jej bohaterem nauczyciela. Polonista po ukończeniu studiów trafia do małej wiejskiej szkoły i tak naprawdę zaczyna się od nowa wszystkiego uczyć.

Nie tylko dlatego, że musi pracować także jako historyk, rusycysta, biolog i nauczyciel wychowania fizycznego, ale może przede wszystkim dlatego, że musi w praktyczny sposób radzić sobie z najmniej oczekiwanymi sytuacjami, w które obfituje pierwsza praca jako wychowawcy i które wynikają z faktu znalezienia się w zupełnie nowym środowisku. Książka może stanowić ciekawe źródło informacji dla rozpoczynających pracę nauczycieli. Może też stanowić przyczynek do refleksji nad własną karierą zawodową nauczycieli z większym stażem pedagogicznym.

Lis Dariusz
100 Przedmioty

Opis

Książka papierowa
oprawa miękka

Lis Dariusz

Ukończył polonistykę na Wydziale Humanistycznym Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie.

Czynnie pracujący nauczyciel języka polskiego, pełnił funkcję naczelnika Wydziału Oświaty, Kultury i Sportu w Starostwie Powiatowym w Braniewie w I kadencji odrodzonych w wyniku reformy administracyjnej samorządów powiatowych, pracował jako dziennikarz Dziennika Bałtyckiego, poeta, pisarz.

No i mam za swoje. W końcu ziściły się moje durne, młodzieńcze marzenia, wyhodowane na polonistycznej literaturze przez wszystkie nawiedzone polonistki, w których ręce w swoim życiu miałem szczęście wpaść. Och! Jaki byłem surowy i chętny do obróbki, jaki miałem otwarty umysł, jaki spragniony i żądny wiedzy, jaki chłonny, jaki nieukształtowany, a zarazem gotów na kształtowanie, ugniatanie, miętoszenie, formowanie. Nic dziwnego, że ta czy owa pani polonistka w obliczu mojej niedoskonałości, ale instynktownie czując we mnie potrzebę dążenia ku niej i w poczuciu konieczności spełnienia niecierpiącej zwłoki misji, z zapałem brała się za mój młody i dziewiczy jeszcze umysł. Z tego wszystkiego powstawało tyle wiatru, że starczyło go do rozwijania tak uczniowskich, jak polonistycznych skrzydeł, więc wznosiliśmy się i wznosili, coraz wyżej i wyżej od Ferdydurke po Słowackiego, od pożądania aż do spełnienia, od Obrzydłówka aż po Mont Blanc.

Z Mont Blanc zlądowałem na Mont Zapadłą Wieś, gdzieś w dalekiej guberni Prowincja, przemierzając kawał Polski od jednej granicy po drugą.

Nie. To nie był przypadek. Tak właśnie chciałem, albowiem, zbudowany niedoścignionym przykładem niejakiej Stasi Bozowskiej, pragnąłem poświęcić swe młode nauczycielskie siły pracy na rzecz najbardziej potrzebujących. Zdobyłem przecież tytuł magistra i wydawało mi się, że jestem niezwykle mądry. Ofertę swojej bezcennej pracy złożyłem więc w kilku kuratoriach, w daleko posuniętej skromności oczekując jedynie jakiegoś niewielkiego, służbowego, kawalerskiego mieszkanka. Jakoż propozycje nadeszły. Ja zaś wybrałem, jak się wkrótce okazało, ofertę najlepszą, bo wielce egzotyczną. Dlaczego egzotyczną? Ano dlatego, że wkrótce zaczęły mi dokuczać egipskie ciemności, a zaraz potem syberyjskie mrozy.

Zacznijmy od ciemności. Okno pokoju mojego rodzinnego domu wychodziło na ulicę pełną lamp, więc żeby mieć w nocy ciemno, musiałem je szczelnie zasłaniać. Nie inaczej było w akademiku, choć spać chodziło się tam raczej wraz ze świtem. Jakież było moje zdziwienie, gdy w moim nowym wiejskim mieszkanku którejś nocy zgasiłem światło, a następnie usiłowałem przemierzyć odległość od włącznika do łóżka. Poczułem się nagle tak, jak kiedyś pośrodku jeziora, na przepłynięcie którego namówił mnie kolega, a ja go bezmyślnie posłuchałem. Było to tak, że i dopłynąć brak siły i zawrócić się nie da, skoro odległość właściwie taka sama. Swoją drogą, kiedy stwierdziłem, że wstyd by się było teraz nagle utopić, nieomal potopiliśmy się obaj ze śmiechu. O ile kiedyś przeszkadzało mi światło, o tyle tu przeszkadzał mi jego brak, więc ani rusz nie mogłem zasnąć, rojąc rozmaite historie, jakie mogły się wydarzyć w tak starym domu, który zapewne przeżył już niejednego takiego jak ja mieszkańca.

Jeżeli chodzi o syberyjskie mrozy, to wprawdzie nigdy wcześniej na własnej skórze ich nie doświadczyłem, jednak nie inaczej je sobie wyobrażałem, gdy okazało się, że w moim mieszkaniu wiosną jest chłodniej niż na zewnątrz. Dlaczego? Ano chyba dlatego, że mury domu cały sezon nieogrzewane nagromadziły w sobie tyle chłodu, że pewnie dopiero pożar mógłby je natychmiast rozgrzać. Dysponuję tylko akumulacyjnym piecem, dzięki któremu mogę czuć się poniekąd jak na pustyni. Co prawda różnice temperatur na pustyni odnoszą się raczej do różnych pór doby, a u mnie dotyczą tylko różnych części ciała, ściślej zaś tyłu i przodu. Podczas gdy piec parzy mi plecy, usiłuję pisać coś przy stole w zeszycie skostaniałymi z zimna palcami. A pisać potrzebuję, i to dużo, bo jako początkującego belferka obowiązuje mnie przygotowywanie konspektów lekcji, w których muszę wykazać, że na każdej z nich zrealizuję trzy ambitne cele – poznawczy, kształcący i wychowawczy. Czas na pisanie wszakże mam, zwłaszcza zimą, bo dzień krótki, a i do spania nie jest spieszno w egipskich ciemnościach. Z owej twórczości radosnej wyrasta niemały zbiór rzetelnie opracowanych lekcji, opatrzonych fachową literaturą, kolorowych i pełnych wykresów, przygotowywanych pieczołowicie między innymi z braku innych ciekawszych zajęć, takich jak choćby, przez wcale niekrótki czas, oglądanie telewizji. Później na jednej z prowadzonych przeze mnie dla nauczycieli całego rejonu lekcji otwartych pożyczam je komuś na wieczne ­oddanie. 

Telewizora nie posiadam, podobnie jak większości mebli i najpotrzebniejszych sprzętów. Nie mam więc kuchenki, odkurzacza, radyjka, lodówki, ale ta, póki co, jest zbędna. Cała kuchnia jest lodówką, podobnie zresztą jak korytarz i drugi pokoik.

Właśnie tak rozpoczyna się moja życiowa pedagogiczna przygoda, historia, która trwa do dziś, ale która podzielona jest na różne, stanowiące samoistne części, rozdziały. Najbardziej lubię rozdział pierwszy, bo wtedy właśnie czuję się jak jeden z pierwszych stworzonych przez Prometeusza ludzi: jestem słaby, bezbronny i błądzę w ciemności. A może to tylko pozory? Na pewno uczę się świata, rozwijam, przeżywam, a wszystko cieszy mnie jak małe dziecko... 

Jestem nauczycielem? Czy jednym z uczniów? Czym się od nich różnię? I czy się różnię? 

Ale zacznijmy od początku...

Uczenie to jego pasja, lubi i szanuje uczniów, jest dobrze wychowany, dowcipny, pełen ener­gii, wykształcony,,. Kto to taki? Wymarły gatu­nek nauczyciela? „Zbudowany niedoścignionym przykładem Stasi Bzowskiej" pewien belfer speł­nił swoje marzenia i podążył za ideałami. Chciał „kształtować, ugniatać, miętosić, formować" młode chłonne umysły, więc został Nauczycie­lem na Zapadłej Wsi. Wcale nie była taka zapadła i szybko się tam zadomowił. Nie stracił ducha, gdy okazało się, że zamiast polskiego będzie uczył rosyjskiego, historii, WF-u, biologii i PO. Wspomina początki swojej pracy pedagogicznej z potowy lat 80. Opowiada o swoim pierwszym domku, w którym wprawdzie brakowało telewizora, ale który byt własny, o uczniach, ich rodzinach, mieszkańcach Zapadłej Wsi, w której stawiał pierw­sze kroki jak pedagog.

Ta pełna serca i poczucia humoru książka spodoba się nie tylko kolegom po fachu Dariusza Lisa. Duża dawka optymizmu w patrzeniu na świat przyda się każdemu. Tyle, że tę historię czyta się dziś trochę jak bajkę o starym dobrym świecie, w którym ludzie szanowali się na­wzajem, a pieniądze nie graty roli głównej.

Magazyn Literacki "Książki", nr 3/2010

Joanna Habiera

Zobacz także

Skarbiec...

Cena podstawowa 46,00 zł -6,00 zł Cena 40,00 zł

Nowa rejestracja konta

Posiadasz już konto?
Zaloguj się zamiast tego Lub Zresetuj hasło