Peowiacy i harcerze

Peowiacy i harcerze

Podtytuł: Powieść z czasów wojny światowej
Autor:
ISBN: 978-83-8095-316-1
30,00 zł
Czas dostawy kurierem InPost 24 godziny

Seria wydawnicza „Przywrócić Pamięć” ma przybliżyć współczesnemu społeczeństwu publikacje założycieli ruchu skautowego, twórców rozwoju idei i metodyki harcerskiej z lat 1911–1939.

Reprint z 1922 r. "Peowiacy i harcerze. Powieść z czasów wojny światowej".

Ilość

Seria wydawnicza „Przywrócić Pamięć” ma przybliżyć współczesnemu społeczeństwu publikacje założycieli ruchu skautowego, twórców rozwoju idei i metodyki harcerskiej z lat 1911–1939.

Reprint z 1922. "Peowiacy i harcerze. Powieść z czasów wojny światowej".

I.

Nauczycielkami gorzałkonowskiemi były dwie siostry, panny Złotopolskie. Młode, pełne werwy i życia, przejęte ideałami harcerskiemi. Mieszkały sobie po prostu, ale wytwornie.

Właśnie skończyły poprawianie zadań szkolnych.

— Wiesz co ptasiuniu — zagadnęła starsza Marja — pójdziemy do miasteczka...

— Bój się Boga, teraz pod wieczór iść milę piechotą, kiedy w dodatku jestem tak zmęczona dzisiejszą nauką...

— Nie mamy już żadnych zapasów, a ja jestem głodna...

— To trudno, nie umrzemy przecież.

— Więc pójdę sama.

— Nie puszczę cię. Sądzę, że uda nam się zakupić we wsi trochę chleba i mleka.

— Wątpię, ci ludzie są bez sumienia. To jest niesłychane, żeby chłopstwo odnosiło się tak do swoich własnych nauczycielek, które dla ich dobra pracują...

— Jeszcze nas nie znają...

— Źli ludzie.

Ostatecznie poszły.

We wsi panował gwar i ruch. Na widok nauczycielek dzieci przerywały zabawę i przyglądały im się z otwartemi buziami, zaledwie jednak te oddalały się, zaczęły wydawać z siebie nieartykułowane dźwięki i rzucać za niemi kamykami i patyczkami. Napotkani po drodze wieśniacy, patrzyli na nie z podełba nie kłaniając się zupełnie.

— Siostry uśmiechnęły się smutnie.

— Dzicy ludzie... Pamiętasz Stefciu Idzikowce? Jak tam garnęli się do nas chłopkowie...

— Ej Mary, a gdzież to ta twoja dotychczasowa pogoda?

Weszły do chaty jednego ze swoich uczniów. Brud, nieporządek, nędza, wyzierały tu z każdego kąta. Na tapczanie jęczała chora gospodyni. Marja zabrała się do opatrzenia chorej rany, a potem do robienia porządku, Stefanja zajęła się trojgiem drobnych dzieci, które wyprowadziła na podwórze.

Czteroletnie bobo rozpoczęło zaraz z nauczycielką rozmowę:

— A Jaśka nima.

— A gdzież to poszedł?

— Pognał bydło.

— Kiedy wróci do domu?

— Nie wiem.

— Pewnie na wieczerzę.

— Eh, my nie będziemy wieczerzać.

— Dlaczegóż to mój mały?

— Bo matusia chora.

— No, a tatuś gdzie jest?

— Tatusia nima.

— A gdzie się podział?

— Zakopali go do ziemi.

Tu małemu stanęły łzy w oczach, a zaraz potem rozpłakał się serdecznie. Marja utuliła dziecię, a potem nakarmiła.

Równocześnie Marja prowadziła rozmowę z gospodynią.

— A gdzież to wasz mąż?

— Zabili go.

— Jakto... kto?

— A te psubraty, te zbóje, te żandarmy austryjackie.

Twarz jej posiniała z gniewu, a ręce zacisnęły się kurczowo... więcej w książce

Powieść z czasów wojny światowej
200 Przedmioty

Opis

Książka papierowa
oprawa twarda

Kawalec Romuald

Jeden z pierwszych skautów krakowskich, dziennikarz, literat, wydawca, instruktor harcerski, dyplomata, oficer Wojska Polskiego, Komendant Harcerstwa Polskiego na Bliskim i Środkowym Wschodzie (1941) działacz emigracyjny

Rodzina i nauka

Urodził się 21 sierpnia 1893 roku w rodzinie Marcina, kancelisty krakowskiej Rady Powiatowej, i Anny z domu Stimac w Kolbuszowej. Miał brata Tadeusza (1895–?), oficera Wojska Polskiego, dyplomatę. Po przeprowadzce do Krakowa Kawalcowie mieszkali na Podgórzu przy ulicy Salinarnej.

Od 1909 roku rozpoczął naukę w klasie III c.k. I Wyższej Szkoły Realnej w Krakowie. Jako uczeń klas IVb i Vb był klasyfikowany jako „chlubnie uzdolniony”. 5 października 1912 wystąpił z c.k. I Wyższej Szkoły Realnej w Krakowie. Nie znamy powodów tej decyzji, ale wiadomo, że w czerwcu 1913 roku zdał maturę w VII klasie w c.k. II Wyższej Szkole Realnej w Krakowie, która miała status szkoły średniej o profilu matematyczno-przyrodniczym. Placówka zaliczała się do dobrze wyposażonych, a uczniowie mogli korzystać z doskonale wyposażonej biblioteki. Szkołę realną ukończył w wieku 20 lat, co nie było niczym nadzwyczajnym, na dwudziestu siedmiu uczniów w klasie VII jedenastu miało bowiem ukończone 20 lat. Wszyscy jego koledzy w klasie podawali narodowość polską, aczkolwiek pięcioro jako wyznanie wpisali „mojżeszowe”. Podobnie było w całej szkole, gdzie nikt nie podał narodowości żydowskiej, choć na ponad 280 uczniów 32 zadeklarowało, że wyznaje religię mojżeszową.

Kończąc szkołę, Kawalec jako przyszły zawód podał górnictwo. Świetnie rozwijające się w Galicji górnictwo ropy naftowej oraz kopalnictwo soli kamiennej dawało świetne możliwości rozwoju zawodowego.

W roku szkolnym 1913/1914 Romuald uczęszczał na kurs abiturientów przy Akademii Handlowej w Krakowie. Celem jednorocznego kursu było danie absolwentom szkół średnich wykształcenia handlowego.

Nauczycielkami gorzałkonowskiemi były dwie siostry, panny Złotopolskie. Młode, pełne werwy i życia, przejęte ideałami harcerskiemi. Mieszkały sobie po prostu, ale wytwornie. Właśnie skończyły poprawianie zadań szkolnych.

— Wiesz co ptasiuniu — zagadnęła starsza Marja — pójdziemy do miasteczka...

— Bój się Boga, teraz pod wieczór iść milę piechotą, kiedy w dodatku jestem tak zmęczona dzisiejszą nauką...

— Nie mamy już żadnych zapasów, a ja jestem głodna...

— To trudno, nie umrzemy przecież.

— Więc pójdę sama.

— Nie puszczę cię. Sądzę, że uda nam się zakupić we wsi trochę chleba i mleka.

— Wątpię, ci ludzie są bez sumienia. To jest niesłychane, żeby chłopstwo odnosiło się tak do swoich własnych nauczycielek, które dla ich dobra pracują...

— Jeszcze nas nie znają...

— Źli ludzie.

Ostatecznie poszły.

We wsi panował gwar i ruch. Na widok nauczycielek dzieci przerywały zabawę i przyglądały im się z otwartemi buziami, zaledwie jednak te oddalały się, zaczęły wydawać z siebie nieartykułowane dźwięki i rzucać za niemi kamykami i patyczkami. Napotkani po drodze wieśniacy, patrzyli na nie z podełba nie kłaniając się zupełnie.

— Siostry uśmiechnęły się smutnie.

— Dzicy ludzie... Pamiętasz Stefciu Idzikowce? Jak tam garnęli się do nas chłopkowie...

— Ej Mary, a gdzież to ta twoja dotychczasowa pogoda?

Weszły do chaty jednego ze swoich uczniów. Brud, nieporządek, nędza, wyzierały tu z każdego kąta. Na tapczanie jęczała chora gospodyni. Marja zabrała się do opatrzenia chorej rany, a potem do robienia porządku, Stefanja zajęła się trojgiem drobnych dzieci, które wyprowadziła na podwórze. Czteroletnie bobo rozpoczęło zaraz z nauczycielką rozmowę:

— A Jaśka nima.

— A gdzież to poszedł?

— Pognał bydło.

— Kiedy wróci do domu?

— Nie wiem.

— Pewnie na wieczerzę.

— Eh, my nie będziemy wieczerzać.

— Dlaczegóż to mój mały?

— Bo matusia chora.

— No, a tatuś gdzie jest?

— Tatusia nima.

— A gdzie się podział?

— Zakopali go do ziemi.

Tu małemu stanęły łzy w oczach, a zaraz potem rozpłakał się serdecznie. Marja utuliła dziecię, a potem nakarmiła.

Równocześnie Marja prowadziła rozmowę z gospodynią.

— A gdzież to wasz mąż?

— Zabili go.

— Jakto... kto?

— A te psubraty, te zbóje, te żandarmy austryjackie.

Twarz jej posiniała z gniewu, a ręce zacisnęły się kurczowo... więcej w książce

Zobacz także

Nowa rejestracja konta

Posiadasz już konto?
Zaloguj się zamiast tego Lub Zresetuj hasło